Zwykle pukali w najmniej oczekiwanym momencie do drzwi świadków obserwacji UFO lub badaczy tego zjawiska przekonując ich, aby dla własnego dobra lepiej siedzieli cicho. Ludzie w czerni – bo o nich mowa, stali się elementem ufologicznego folkloru, na który można patrzeć z lekkim przymrużeniem oka, lecz wiele relacji wskazuje na to, że legenda mogła mieć realne podstawy.
Scott Corrales
Sukces filmu pt. „Men In Black” z 1997 roku po raz kolejny ożywił zainteresowanie tym słabo zrozumianym aspektem zjawisk paranormalnych oraz fenomenu UFO. Wraz z tym, jak film bił rekordy, na półkach pojawiły się także książki o ludziach w czerni. Trudno uwierzyć w to, że przez jakiś czas zjawisko „Ludzi w czerni” pozostawało niemalże zapomniane. Długoletni okres nieobecności tych elegancko ubranych postaci (przez część uważanych za agentów sekretnych służb „uciszających” świadków obserwacji UFO a przez innych za przedstawicieli ras pozaziemskich wykonujących na Ziemi określone zadania) spowodował, że ludzi w czerni przestano się bać.
Ludzie w czerni odwiedzają rzekomo świadków obserwacji UFO oraz uczestników spotkań z ich pasażerami, pojawiając się zwykle w ich domach (jak i miejscach pracy), zwykle w czasie, gdy osoba taka nie rozważała jeszcze ujawnienia swego przypadku. Opisuje się ich jako eleganckich ludzi podróżujących zwykle nowymi modelami dużych aut. Zwykle, choć poza pewnymi wyjątkami, są oni dostarczycielami ostrzeżenia, aby nie dyskutować o danych obserwacjach, jeśli było się ich świadkiem albo, w przypadku ufologów, zawiesić czynności badawcze i wycofać się.
Owi „agenci ciszy” wraz z rozwojem historii UFO zyskali w niektórych kręgach niemalże mityczne właściwości. Od czasu pojawienia się pierwszych ludzi w czarnych garniturach w okresie niesławnych wydarzeń z Maury Island po uciszanie świadka, jakim był Harold Dahl i rosnącą liczbę podobnych zdarzeń w latach 90-tych, ludzie w czerni stali się kolejnym ciekawym aspektem powiązanym ze sprawami nadnaturalnymi.
Początki
Wczesne obserwacje UFO zawsze kończyły się zaangażowaniem wojska jako źródła mogącego najskuteczniej dotrzeć do sedna natury zjawiska. Funkcjonariusze lotnictwa rutynowo pojawiali się w domach świadków zadając pytania i nieraz konfiskując dowody, w tym np. próbki „anielskich włosów”, które zabrali z domu dziennikarza R. DeWitta Millera (autora „You Do Take It With You”) w 1954 roku. Gdy wkrótce zaczęli pojawiać ubrani w garnitury, przypominający Azjatów mężczyźni twierdzący, że są powiązani z Siłami Powietrznymi mało kto kwestionował ich twierdzenia, ale ich dziwne zachowanie oraz zdolności zaczęły budzić niewątpliwe podejrzenia.
W 1951 roku, po tym jak płk Jim Doherty przeżył związany z UFO incydent, odwiedził go młody człowiek w płaszczu lotnika, który poprosił go, aby zapomniał o tym, co widział. Doherty dowiedział się potem, że nikt taki nie pracował dla AFOSI (Lotniczego Biura ds. Zadań Specjalnych). Co ciekawe, Doherty’ego przez następne lata dręczyły koszmary związane z obserwacją UFO oraz dziwnym gościem.
Ale lotnictwo szybko zaprzeczyło jakimkolwiek związkom z Ludźmi w czerni. Pułkownik z Pentagonu powiedział pisarzowi Johnowi Keelowi, że wojsko przyglądało się różnym relacjom z nimi związanym. Ten sam funkcjonariusz dodał, że kimkolwiek byli owi UFO-retuszerzy, popełniali wykroczenie podszywając się pod członków sił zbrojnych. Ale raczej nie przeszkadzało to im w działalności. Osoba podająca się za „kpt. Munroe” miała grozić nastolatkom, którzy w 1968 uchwycili UFO na zdjęciu wykonanym w Beaver Falls. Mężczyzna poinformował ich, że może przytrafić się im coś niemiłego i poradził, aby nie rozmawiali o obserwacji.
Historia Ludzi w czerni zaczęła wkrótce żyć własnym życiem, gdy Albert K. Bender (po lewej) – dyrektor International Flying Saucer Bureau ogłosił swą rezygnację z „badań nad latającymi spodkami” oraz zamknięcie placówki w 1953 roku w wyniku najść przez trzech mężczyzn. Wkrótce zaczęły rozchodzić się pogłoski i zaczęto snuć przypuszczenia związane z przynależnością owej trójki. Bender oświadczył, że nie byli oni przedstawicielami FBI, lecz „kolejnej gałęzi”. Okazało się także, że zjawisko to ma dość długi zasięg. Edgar J. Jarrold – kierownik Australian Flying Saucer Bureau został odwiedzony przez tajemniczego jegomościa, który powiedział mu, że „nawet najbardziej fantastyczne sytuacje są do pojęcia”. Jarrold zniknął potem w tajemniczych okolicznościach, zaś Bender starając się zgłębić tajemnicę swego odejścia z ufologii szczycił się tym, że jako pierwszy badacz był „molestowany” przez ową nieznaną grupę. Historia miała się jednak powtórzyć.
Warren Smith – znany w latach 70-tych pisarz (używający pseudonimu Eric Norman) zdobył rzekomy metalowy kawałek obiektu UFO, które znaleziono w Madison w stanie Wisconsin. Będąc świadomym tego, że ktoś obserwuje jego poczynania, badający sprawę Smith ukrył kawałek metalu w swym pokoju w motelu (a dokładnie w zestawie telewizyjnych). Gdy powrócił do niego zastał tam dwóch mężczyzn, którzy zażądali wydania dowodu, gdyż w przeciwnym razie jego rodzinie może grozić niebezpieczeństwo.
Choć Ludzi w czerni nigdy nie złapano na gorącym uczynku, często obwiniano ich także o znikanie związanych z UFO dokumentów. Ivanowi Sandersonowi oraz Edwardowi Ruppeltowi skradziono z domu dotyczącą UFO dokumentację, podczas gdy cenne z punktu widzenia złodzieja przedmioty pozostały nietknięte.
Ludzi w Czerni oskarża się również o uprowadzenia dzieci. W sierpniu 1989 roku w brazylijskim mieście Vilha Verde dochodziło do ich zaginięć na alarmującą skalę. Dzieci odnajdowały się jednak równie niespodziewanie po kilku tygodniach. Nie miały one pojęcia gdzie się przez ten czas znajdowały, zaś ich ostatnie wspomnienia odnosiły się zwykle do podróży drogim samochodem w towarzystwie „panów ubranych na czarno”. Jedna z porwanych dziewczynek mówiła, że mężczyzna zabrał ją na skraj miasta, gdzie poprosił ją o wejście „do swego samolotu”. Gdy ta odmówiła, dał jej garść cukierków i kazał wracać.
Co ciekawe, Ludzie w Czerni łączono także z przypadkami okaleczeń bydła.
Wśród innych przypadków napaści znajdowało się włamanie do domu Williama Dunna Jr, badacza UFO, którego akta spalono, zaś fotografie najprawdopodobniej skradziono. Ludzie w czerni brali także aktywny udział w czasie obserwacji Mothmana (tzw. Człowieka-ćmy), do których dochodziło w Zachodniej Wirginii w latach 1966-67. Pisarz i badacz zjawisk paranormalnych, John Keel (m.in. autor ksiązki na temat Mothmana) uważał jednak, że nie są to wcale pozaziemscy agenci. Według niego reprezentowali oni negatywne paranormalne siły, których ostrzeżeń nie należało lekceważyć. Co ciekawe, jego pogląd odzwierciedlali też inni, w tym David Tansley, który wierzył, że Ludzie w czerni to forma demonicznej energii – obrazu opartego na zdarzeniach z przeszłości. Jeszcze inni uważali ich za pewnego rodzaju „myślowe twory”, choć to raczej niejasna teoria.
Mike spotyka MIBa
W 1966 roku Mike Lonzo napisał 58-stronnicowy raport o UFO jako pracę z języka angielskiego. Zyskał on wysoką ocenę i został umieszczony na wystawie, aby mogli się z nim zapoznać także inni uczniowie. Zbiegało się to w czasie z rozpoczęciem przez jego matkę kursu korespondencyjnego.
Niespodziewanie pewnym popołudniem (data jest tutaj niepewna) w domu Lonzów pojawił się nieoczekiwany gość. Mike opisał go jako mężczyznę ubranego w oliwkowozieloną marynarkę o falowanych czarnych włosach i twarzy, która przekonała ich, że mężczyzna ma „filipińsko-pakistańskie” pochodzenie. Mężczyzna przedstawił się jako „Pan Marx” – reprezentant handlowy z firmy, której kurs kończyła pani Lonzo, która myślała początkowo, że przybył on do niej na inspekcję z powodu braku postępów.
Ten okazał jednak więcej zainteresowania sprawami UFO i zapytał, czy Mike lub jego matka widzieli jakiś obiekt w okolicach. Mike odpowiedział szybko, że jakiś czas temu sporządził na ten temat pracę, po czym otrzymał od mężczyzny informację, że w bazie Wright-Patterson znajduje się wystawa „przechwyconych” spodków. Co więcej, poprosił on o raport Mike’a, któremu obiecał, że być może zostanie wydany drukiem.
Mike poszedł tego dnia spać podekscytowany spotkaniem z „Marxem”, jednak dni mijały, a od tego nie przychodziły żadne wiadomości. Gdy wreszcie chłopak zdecydował się zadzwonić pod numer podany na wizytówce, jaką od niego otrzymał dowiedział się, że nie ma nikogo o tym nazwisku. Poszukiwania w innych miejscach także nie przyniosły skutku.
Chiński człowiek w czerni
Ciekawe i ważne jest to, że zjawisko Ludzi w czerni nie ogranicza się jedynie do świata zachodniego. W swej książce pt. „China and The Extraterrestials” („Chiny i istoty pozaziemskie”) Shi Bo przywołuje wywiad między dziennikarzem Wangiem Shili a wojskowym Li Jingyangiem, który w wieku 6 lat był świadkiem obserwacji UFO w prowincji Shansi. Bawiąc się z kolegami Jingyang zauważył obiekt w kształcie dysku, który wyleciał z chmur. Przerażeni chłopcy obserwowali go, gdyż UFO zawisło na niebie na ok. 10 minut. Następnego dnia Jingyang spotkał na ulicy wysokiego mężczyznę „ubranego w całości na czarno”, który zatrzymał go żądając odpowiedzi na pytanie, co widział. „Ponieważ nie rozumiałem go dobrze, on powtórzył swe pytanie, a ja przytaknąłem” – mówił. „On wskazał potem na niebo, gdzie dzień wcześniej pojawił się obiekt i zapytał mnie: „Czy tam był”? Powiedziałem, że tak, po czym poradził mi, żebym nigdy nie mówił o tym, co widziałem. Pozwolił mi odejść dopiero po tym, jak dałem mu słowo honoru, że tak zrobię.”
Li Jingyang mówił też, że człowiek z jego wspomnień miał ciemną skórę. Dodał, że wielu ludzi widziało jego rozmowę z człowiekiem, którego „gesty wydawały się niezrozumiałe”. Człowiek ten chodził w nieco mechaniczny sposób, zaś jego usta nie poruszały się, gdy mówił. Zniknął za rogiem.
Hombres de Negro
Meksykański badacz dr Rafael A. Lara mówi, że wieczorem 24 czerwca 1967 roku w Argentynie, Chile, Brazylii i Urugwaju doszło do ponad 110 obserwacji UFO w przeciągu 24 godzin. Było to tym bardziej ciekawe, że zdarzenie to mieli zapowiedzieć Hombres de Nego – południowoamerykańscy Ludzie w czerni.
Cztery dni przed falą zdarzeń, redakcji gazety „Los Principios” z Cordoby (Argentyna) wizytę złożył nieznajomy mężczyzna ubrany na czarno. Miał ze sobą długi list adresowany do redaktora, z którego treści wynikało, że przed końcem tygodnia w całej Południowej Ameryce dojdzie do masowej obserwacji „pozaziemskich” pojazdów. Na dzień przed wydarzeniami redakcja otrzymała telefon z wiadomością: „Uwaga! To się stanie lada chwila.”
Przez kilka dni w sierpniu 1968 nad Santa Fe widziane były dziwne światła. Rolnicy byli nie mniej zaskoczeni, gdy odkryli na swych polach dziwne wypalone ślady w kształcie kola. Wkrótce potem w okolicy padło wiele zwierząt. Jedna z miejscowych rodzin zauważyła, że w stronę ich domu kieruje się terenowy samochód, w którym znajduje się czwórka ubranych na czarno mężczyzn. Jeden z nich zapytał gospodarza o najlepszą drogę. Zdarzenia związane z obserwacjami NOL ustały wkrótce po tym spotkaniu.
W 1971 roku dwaj fizycy, Arguello de la Mota oraz Antonio Arocha znajdowali się w San Juan de los Morris – niewielkim mieście w pobliżu Caracas (Wenezuela). Stali się oni świadkami niespodziewanej wizyty, jaką w mieście złożyli dwaj ubrani na czarno mężczyźni poruszający się w sportowym samochodzie. Nieświadomi tego, że są obserwowani, dwaj mężczyźni powiedzieli coś do siebie a następnie zapięli pomarańczowe pasy. Niespodziewanie na niebie pojawił się jasny obiekt, który wkrótce osiadł na ziemi. Fizycy przysięgali, że był to mierzący 20 m. średnicy obiekt w kształcie dysku, z którego wysunęła się ku ziemi drabinka. Sam obiekt wisiał niewiele nad ziemią. Ubrani na czarno ludzie weszli do środka, po czym obiekt odleciał. Nie wiadomo jednak, co stało się z samochodem, który pozostawili. Historia z San Juan de los Morris zyskała światowy rozgłos dzięki agencji United Press International.
Polityka czy...
Teoria o bardziej przyziemnym pochodzeniu Ludzi w czerni, powiązana co więcej z uznawaniem ich za „agentów sekretnego rządu” mówi o tym, że są oni w rzeczywistości członkami AFSAC (Centrum Zadań Specjalnych Sił Powietrznych), a w szczególności 1127 Grupy, w skład której wchodzi wiele ciemnych typów i których zadania ułatwiała znacznie swego rodzaju paranoja występująca w środowisku ufologicznym. Inna wersja zakłada, że Ludzie w czerni byli tak naprawdę tybetańskimi mnichami, którzy towarzyszyli Dalajlamie na wygnaniu, służąc CIA swymi niezwykłymi umiejętnościami. Ta nieco bajkowa wersja miała wyjaśniać ich azjatycką aparycję.
Niektórzy Ludzie w czerni wykazywali jednak przy niektórych okazjach raczej mało stereotypowe zachowanie. W listopadzie 1973 roku młoda kobieta pracująca dla agencji pracy w stolicy Portoryko miała dziwnego gościa. Miał na sobie ciemną marynarkę oraz koszulę, która wydawała być wykonana z dość niezwykłego materiału. W jego wyglądzie wyróżniały się także niezwykle długie cienkie palce (o czym wspominają także inne relacje) oraz gładka, przypominająca manekina, twarz. Kobieta odkryła nieco hipnotyzującą moc rozmowy, która zeszła na tematy takie jak ekologia czy wojna i w czasie której padały zdania typu: „istnieje więcej niż jeden świat”.
W latach 70-tych nastąpił spadek aktywności Ludzi w czerni. Jedna z ich ostatnich wizyt miała miejsce w czasie incydentu związanego z UFO, który miał miejsce nad Jeziorem Tequesquitengo w Meksyku. Pilot samolotu, który brał udział w zdarzeniach, Carlos de los Santos Montiel był nachodzony przez Ludzi w czerni po tym, jak rozmawiał z amerykańskim badaczem UFO, dr J. Allenem Hynekiem. 
Ich powrót nastąpił jednak w latach 90-tych. Portorykański badacz, Jorge Martin, redaktor magazynu „Evidencia Ovni” mówił o niezwykłej historii, która przydarzyła się podczas wywiadu z nieżyjącym już Diego Segarrą – głównym świadkiem obserwacji w Laguna Cartagena. Segarra powiedział Martinowi o dziwnym spotkaniu, jakie miał jego przyjaciel filmujący okolice laguny. Świadek ujrzał jasny błysk, który okazał się być sferycznym obiektem podchodzącym do lądowania. Ukryty za gęstą roślinnością mężczyzna obserwować miał (a rzekomo także i nagrać) wychodzące z obiektu postaci, wśród których znajdował się człowiek ubrany w czarny garnitur, białą koszulę i czerwony krawat. Według niego człowiek ten miał także czarne okulary i został odtransportowany przez dwóch żołnierzy znajdujących się w samochodzie terenowym. Nie wiadomo ile prawdy jest w tej opowieści.
Pensylwański badacz Lois Le Gros zajmował się w latach 90-tych wieloma przypadkami związanymi z Ludźmi w czerni. Dwoje świadków, z których jeden został rzekomo uprowadzony przez istoty pozaziemskie, spotkał Ludzi w czerni niedaleko Pittsburga. Drugi świadek – kobieta mówiła, że spotykała Ludzi w czerni niemal codziennie w drodze do pracy.
Przekazała ona Le Grosowi, że dziwny człowiek codziennie wsiadał do autobusu, którym jeździła do pracy i zajmował miejsce blisko niej. Zawsze miał na sobie ten sam strój, nawet mimo nieodpowiedniej pory roku. Składał się on z czarnego płaszcza, kapelusza, rękawic i koszuli. Kobiecie wydawało się, że jest jedyną z osób, która zwraca uwagę na jego dość nietypowy wygląd i zachowanie [choć w grę niewątpliwie wchodzić mogło przewrażliwienie].
Nie da się nie zauważyć, że w latach 90-tych Ludzie w czerni musieli zaciskać pasa. Przestali podróżować grupowo a zamiast drogich samochodów używali publicznego transportu. Nie dziwi to jednak, gdyż zwykle zmierzali oni do jak najlepszego wtopienia się w środowisko.
Od INFRY
Choć zjawisko Ludzi w Czerni należy z pewnością w dużej mierze do ufologicznego folkloru, mogło wyrosnąć na całkiem realnych zabiegach odpowiednich służb mających za zadanie nie tyle ukrywanie prawdy, co tworzenie „mitu UFO”, który dalej napędzał się już sam. Zabiegi tego typu, związane często z eksperymentami nad wojną psychologiczną lub kontrolą informacji z pewnością miały miejsce. Nie dziwi również fakt, że liczni świadkowie, jak i badacze mogli być w tym celu motywowani lub wykorzystywani, zaś Ludzie w czerni pełnili w tej sprawie zasadniczą rolę.
Zobacz także:
► Co sądzisz na temat zjawiska Ludzi w czerni? Wypowiedz się na INFRA FORUM!
___________________
Tłumaczenie i opracowanie: INFRA
Autor: Scott Corrales
| « poprzednia | następna » |
|---|

